poniedziałek, 13 września 2010

Nepal - Chitwan

widział ktoś może jak słoń idzie?
otóż nie idzie..
płynie kołysząc się raz w jedną raz w drugą stronę..
jakby ziemi nie dotykał wcale..
tylko się nad nią unosił dostojnie.


jak za dotknieciem czarodziejskiej rożdżki, po ośmiu godzinach - bez mała czy też z niewielkim mała (kto by Tam czasem przejmowal się w ogole: ) ) jazdy lokalnym autobusem rejsowym, przenieślismy się jeszcze na południe Nepalu..



do Chitwan Park...tam gdzie słonie, nosorożce i ..hmm krokodyle :)
zobaczyć tam można jak żyją w naturze.. bo to nie zoo, tylko ich naturalne środowisko, a my staliśmy się na chwilę gośćmi w ich domach..
noo tak prawie..:)
słoń nie ma naturalnych wrogów, więc z jego grzbietu można było bezpiecznie spojrzeć na tę dzicz całą..




























czwartek, 9 września 2010

Nepal - Yeti

Święta Wielkanocne zastały nas ...tam na wysokościach.
przy wieczornym posiłku w Sobotę, poddano myśl, która zaraz ochoczo w czyn się wcieliła.
Zamówiliśmy po dwa bolidy (dwa jajka na twardo = bolid eggs ) już przy kolacji i do śniadania każdy miał za zadanie pisanki sporządzić..
zważywszy na niewielki zupełnie warsztat narzędzi zdobniczych jaki posiadaliśmy ze sobą,
dość, trzeba oddać, "święconka" wyszła nam imponująca.


po życzeniach..ciepłych, celnych i cennych, jak tylko Bożenka tak z miejsca, z serca potrafi..należało spożyć owe caceńka..

'hmm...ja mam zbyt emocjonalny stosunek do tego Yeti, żeby go zjeść..ofiaruję go Doris. Doris! to dla ciebie....:)


Yeti wrócił ze mną do domu.
Do Kathmandu podróżował w kubku-termosie Bożenki, by zgniecionym nie być.
Dalej natomiast w specjalnie przeze mnie zakupionym sarkofagu...
Ma się wybornie, złożony w kaczuszce (skoro jest jajkiem) wespół z gałązką jałowca
zdaje się nie starzeć ...jak legenda o nim :)


wtorek, 7 września 2010

Nepal - .."almost as beautiful as.." :)


do uśmiechu na twarzy.. z przymrużonymi powiekami, bezgłośnego..takiego ciepłem wewnątrz rozlewającego się od czubka nosa po pięty...zatrzymała mnie i zachwyciła Ama Dablam.
długo kazała na siebie czekać, skrywały ją chmury dość szczelnie,
owiana jasnych mgieł tajemnicą, widoczna ciągle była jedynie we fragmencie tylko,
mimo, że widok na nią otwarty był prawie od początku trekingu..

tymczasem gdy z nagła, jednym dość późnym popołudniem, wyszła nareszcie cała... nikt nie ośmielił się złożyć jej wymówek...że tak kapryśnie kazała na siebie czekać..
Uczta dla duszy i oka..tak mieć ją w zasięgu wzroku..od stóp po wierzchołek...
od południowej najpierw, zachodniej i wreszcie północnej strony..
czysta poezja..
zjawiskowo magiczna.

sentyment do jej widoku
i tego co wtedy najbliżej mnie wokół
 - osobny chowam.
:)


































poniedziałek, 6 września 2010

Nepal - zobaczyć i..

pierwszy raz, na wzniesieniu ponad Namcze pokazał się niewyraźnie..tak w konturach zaledwie, spłowiały nieostro..gdy ostre słońce i powietrze zdaje się falować..gdy tak jak za mgłą szara wydaje się wokół perspektywa...niewiele Go widać było tam jeszcze, ale uczucie radości na Ten właśnie skrawek skały ..ogromne.
Sen o Sir Evereście właśnie sie ziszcza...


widziałam Go nie raz wcześniej..
w albumach, filmach, slajdach znanych podróżników...
znałam Tę skałkę i niepomyliła bym jej z żadną inną..
coż jednak znaczy widok na zdjęciu wobec wrażenia, gdy stoi się naprzeciw Niej..osobiście.
...:) niewiele.

Góra Gór. Surowość Jej oblicza wgniata w ziemię. Lita bryła - wieczny monument. Stoi się pokornie...z dreszczem na plecach i słychac jak nieśpiesznie przemawia..: 'nie jestem dla każdego'.
Najwyższa ..ponad wszelką wątpliwość.


















piątek, 3 września 2010

Nepal - jak?


'Ano właśnie. Nie bałaś się, że jak spełnisz największe marzenie swojego życia to nie będziesz już miała żadnego celu?'

..bałam się, pewnie, że się bałam... jak klasyk Alchemik po części, a trochę zupełnie po swojemu..:)

wyjazd pierwszy w Himalaje..to miało być spełnienie marzeń, tych najskrytszych z najmagiczniejszych..
po 10-ciu latach małzeństwa, powiedziałam 'nie' wakacjom na łódce i propozycji kupna pierscionka na rocznice slubu...
chcialam w gory...

- 'ok,ok..w ktore?'
- 'w najwyzsze'
- 'zwariowalas?'
- 'czuje, że zwariuje jak dłuzej pomijać będziemy to co mi najbliższe..'
-'i jak to sobie niby wyobrazasz?'
- 'nie wiem jeszcze jak..'
- 'jak juz, to z kims odpowiedzialnym'

.....
Odnowiłam wtedy znajomość z kumplem ze studiów, takim swojakiem od skały. Na roku mieliśmy ksywkę 'oszołomy' - każdy weekend w górach, albo na skałkach pod Częstochową..
Przyjechali do nas na weekend z żoną i od słowa do słowa zgadaliśmy się, że pojedziemy - ja i Paweł.

Termin wyznaczyliśmy na jesień 2007, a było to w lipcu 2005.

Miałam jednorazowe pozwolenie na ...o rany - Himalaje!!!!

Musiałam zorganizować kaskę jedynie:) i mamę do dzieci.

no i treningi...

zaczęłam biegać... z kupionym, by było mi raźniej piesem - wyżełką niemiecką. Wieczorami, trasa ok 6km, najpierw rozpaczliwym truchtem ciągnieta przez Fionę, wzbudzałam dobrodusznie litosciwe uśmiechy wśród przechodniów..:) po tygodniu zrównałyśmy krok i na luzaku machałysmy dystans jak mistrzynie!

kaska - spłacalam kredyt wziety na koste brukowa do czerwca 2007...hm - wezmę nastepny w lipcu i dam radę, że tam ciągle bez luźnej kaski na styk od pierwszego do pierwszego, ..jakoś radosnie nagle przestało przeszkadzac...:)

mama - podzielila pogląd zięcia, że zwariowałam, ale na czas wyprawy zgłosila gotowść, że na czas wyprawy zostanie z wnukami :)

wszystko grało na wdzieczną nutkę : jaaAAAdę, jaaadę!!!!

.......
w październiku 2005 Paweł zginął tragicznie...
..zostalam nagle z tymi marzeniami...jak głupek, na długo bardzo..z zaciśniętymi ustami wrzeszcząc bezgłosnie do zdarcia gardła.
aż okrzepł we mnie ten ból i pojść w te Góry, jak planowaliśmy dojrzałam znowu,.. po roku.

- nie zrezygnuję z tej wyprawy..
- 'tylko z kims sprawdzonym, nie sama, znajdz jakies biuro albo co'
- 'yhm, yhm...'

znalazłam, nie biuro (bryyy - nigdy nie korzystałam i nie lubię atmosfery zorganizowanej wycieczki) tylko Kogoś, kto wyprawia sie regularnie w te Himki i czuć z miejsca, że to pasja - nie praca:)
zaciągnęłam się na listę, miał być Everest - byla jednak Annapurna.

Przypadek, Los...dość, że zrządzenie nie ja nie wyprawiło mnie pod najbardziej wysnionego Sir Everesta wtedy...
czułam lekką ulgę - marzenia nie odwieją sie z magicznej mgiełki...a tak czy siak na giganty spojrzę:)
pamietam, że miałam w sobie jednocześnie i radość i smutek i strach...
i nawet chwilę taką dość dlugą w sobie miałam, że robiłam wszystko by nie pojechać... przestałam biegać, zwlekałam z napisaniem do Organizatora prawie do ostatniej chwili...

wyraźniało we mnie wszytsko na NIE, bo dzieci małe, za małe, bo wakacje nie z nimi, by urlopu starczyło mi na moje góry, bo...nie tak jak chciałam najbardziej i nie w tym towarzystwie...bo czy ja się ucieszę w ogóle jak stanę naprzeciw tych ośmiotysiecznikow...czy zdlawi mnie żal, że sama....???

i wiesz co ?:)

góry okazło się - wzruszają euforycznie zawsze!!!
poczułam ten ..ścisk w mostku i szalało we mnie radosne uuuuuuu!!!! na ich widok:)

a spełnienie marzeń ma smak....najulubienszych lodow i czuje się potem spokój...taki radosny, nie ma pustki...jest się wypełnionym tym spełnieniem...do upojenia...
i miejsce się robi..by snuć kolejne :)

czwartek, 2 września 2010

Nepal - dzieci

'Coś z dziecka musi w Tobie być, bo chyba tylko dzieci umieją się tak dać porwać chwili.'

hmm.. dziecięcej naiwności coraz mniej we mnie, ale cieszyć się jak dziecko, z otwartą buzią, szczerze, tak całą sobą nadal potrafię..
w szczerości najmłodszych jest wzruszające piękno.
zachwyt, euforia, aprobata, pokora, nie zadowolenie, bunt czy złość uzewnętrznia się u dzieci prostym kluczem tożsamych z ich wnętrzem emocji..bez filtra wypada - nie wypada.
prawdziwe są..
ujmująco tkliwie, dociekliwie logicznie, zadziornie konsekwentnie, a niekiedy dotykająco boleśnie..
zawsze jednak szczerze..
a szczerość wzrusza zawsze.

'mamoOO? a jeżeli trafi mi się taki naprawdę strasznie brzydki na przykład mąż?' , po wieczornej bajce wyszły z Heli obawy co do estetyki przyszłości.
'Helena!, to nie ma znaczenia jak się wygląda (uprzedził mnie z odpowiedzią jej brat Mateusz) można wyjść nawet za mamuta, jeżeli miałby czyste serce i potrafiłby mówić'
'To prawda ( poparłam Mateusza), słowem można oczarować na długo...wyglądem niekoniecznie. Chooociaż babcią mamuciątek nie bardzo widzi mi się zostać..'

dzieci: